
Są cztery etapy Marszu Śledzia:
- etap wiary – gdy każdy wierzy, że wszystko pójdzie jak należy,
- etap „Mojżesza” - gdy możma iść suchą stopą po piasku przez środek morza,
- etap próby – chrzest kandydatów na śledzie poparty konsumpcją surowej ryby,
- etap „Byle do brzegu” - gdy uczestnicy holowani są przez Głębinkę za kutrami rybackimi.
Sam marsz to przejście piesze (trochę trzeba przepłynąć) z Kuźnicy na Helu do Szpyrka Rewskiego, czyli mierzei wchodzącej kilometr w morze, z tak zwanego cypla rewskiego.
Marsz Śledzia - nieco inaczej
Marsz zwykle składa się z czterech etapów:
1. Etap wiary, to taki gdy każdy wierzy że wszystko pójdzie jak należy,
2. Etap Syndromu Mojżesza, gdy idzie się wąskim pasem lądu przez morze,
3. Etap próby, podczas którego następuje pasowanie na Śledzia,
4. Etap „Byle do brzegu”, gdy jedynym celem jest już tylko wyjście z wody...
Ale tym razem było trochę inaczej... Posłuchajcie, to znaczy – przeczytajcie.
Nie był to „zwykły” Marsz, taki jak dwadzieścia kilka wcześniejszych przejść przez Zatokę. Wydawać by się mogło, że to już rutyna, takie „kopiuj – wklej”, że co roku jest tak samo. A tu niespodzianka! Niewiele brakowało, a Marszu w tym roku by nie było. Wszystkiemu winna pogoda. „Winna”? Nie! Cieszmy się, że jest właśnie taka, jaka jest. Zmienna i nieprzewidywalna.
Co by było, gdyby pół roku lał deszcz? Albo panowała noc polarna? Nawet codzienne słońce i temperatura powyżej trzydziestu stopni też są dobre, ale tylko tak przez dwa tygodnie. Potem już każdy tęskni do odrobiny chłodu. A więc – głowa do góry! Nic się nie stało!
Na decyzję czekaliśmy do końca. Teoretycznie o dziesiątej winniśmy „wyruszyć w morze”, a decyzji jeszcze nie było. Wiatr taki, że głowy urywał, a fale (które ujrzeliśmy pod koniec przejścia) miały mieć ponad metr wysokości. W Kuźnicy, przy porcie były jednak mimo wiatru niższe, stąd być może na twarzach u niektórych „przejściowiczów” widać było zdziwienie, dlaczego nie ruszamy.
Wreszcie jest decyzja. Jednak idziemy! Ale inaczej, niż zazwyczaj. Nie wejdziemy do wody tam, gdzie zawsze, lecz pierwszy odcinek przepłyniemy na kutrach i motorówkach. Trzeba się więc wszystkim kierować do portu i tam okrętować na wyznaczone jednostki.
Mnie w udziale przypadł niebieski kuter nr 1, który jednak nie wpłynął do portu, a do pływającego molo tuż przy punkcie IT w Kuźnicy, gdzie zawsze dotąd była zbiórka i załatwianie spraw organizacyjnych.
Oho! Już wejście na to molo dostarcza mocnych wrażeń – kołysze na wszystkie strony! Ktoś nieprzygotowany na taką zmianę podłoża, łatwo mógłby „zmienić krok”, czyli po prostu się przewrócić. Mnie się udało, z powodzeniem też wszedłem na pokład kutra, gdzie było już około piętnastu-dwudziestu Śledzi. Odbijamy!
Co to, to nie. Neptun nie pozwala! Nie daje mu rady także kilku mocnych „wilków morskich” przypadkowo znajdujących się na pirsie. Chociaż na wezwanie naszego szypra ustawili się wzdłuż burty i nawet odepchnęli na łokieć kuter od molo, to Neptun był silniejszy... Bezceremonialnie „dopychał” kuter, a ten miotał się do przodu i do tyłu, ale „przyklejony” do pirsu nie dawał rady odpłynąć.
Wreszcie śmiała decyzja kapitana – i cały ładunek Śledzi zostaje wyrzucony za burtę. Dopiero teraz Neptun zostaje pokonany! I okrzyk chiefa* – Załadunek w porcie! No to „lecimy do portu”. Tylko, że... Straciłem na chwilkę tylko kuter z oczu, a brzegiem maszerowały Śledzie z innych grup! I Śledzie z naszej grupy wymieszały się z innymi! A w porcie ze trzy niebieskie kutry! Do tego w awanporcie, dość oddalonym (na pieszo) od tamtych stoi kolejny niebieski kuter! Który teraz? Cofam się do tego samotnego – nie, to chyba nie ten, ma żółtą nadbudówkę, tamten był cały niebieski. Wracam biegiem do portu – jest! Ledwie jako przedostatni czy nawet ostatni wskakuję na pokład – i odpływamy. Nareszcie! Tylko, że wokół dwa razy więcej Śledzi niż poprzednio – jak pracować w takich warunkach? Bo mam tylko miejsce stojące w środku tej „beczki ze śledziami”!
Na szczęście długo to nie trwa, bo buja i nie mam dostępu do „okna”. Wreszcie Śledzie wyskakują jeden po drugim na płyciznę już za dwoma głębszymi torami wodnymi prowadzącymi do portu. Ich zadaniem teraz jest przejście mierzeją, której de facto nie ma (wysoki poziom wody), „posiłek regeneracyjny” (bułka ze śledziem, banan, woda) i pasowanie na Śledzia. To przed Rezerwatem Kormoranów (ciekawe jak to zrobią, bo w tym miejscu mierzeja jest zalana...), ponowny „załadunek” na statki i dopłynięcie, czy dowiezienie ich raczej do brzegu, czyli Szperku w Rewie. Nie będzie więc holowania za łodziami, i nie będzie także możliwości, by ostatni odcinek przepłynąć, jak to do tej pory niektórym się zdarzało. Do tego kwalifikowało się zwykle trzech do pięciu pływaków (także panie), mających udokumentowane umiejętności pływania na otwartym morzu.
Na pokładzie pozostaje więc tylko kilka osób. Dwie od potencjalnego sponsora, dwie z radia, chief i ja. Oczywiście oprócz mnie (nie chwaląc się) i poza chiefem to nowicjusze kompletni, i nie chodzi mi tu o to, że nigdy nie brali udziału w Marszu, ale z jakichś tam powodów zupełnie do warunków morskich nieprzygotowani, co będzie miało później pewien wpływ na ich losy...
Ale na razie wszyscy są zadowoleni bo płyną, pogoda piękna, ciepło (chociaż nie wszystkim), no i te emocje... Jak będzie, jak smakują surowe śledzie, czy pojawi się ląd i wiele podobnych pytań.
Ekipa radiowa podzieliła się na dwa zespoły. Jeden rzeczywiście szedł razem ze Śledziami, a z nami płynął ten drugi. Co chwilę „wchodzili” na antenę i relacjonowali, co się akurat w danym momencie dzieje w i obok Marszu.
A my tymczasem wobec obawy o los statku odpłynęliśmy nieco od mierzei, czego żałuję, bo odległość od brzegu zrobiła się na tyle duża, że właściwie straciłem Śledzi z oczu. Widać było jedynie rządek jakichś mrówek stojących na środku Zatoki... Co gorsza, im dalej od brzegu, tym większy wiatr i wyższe fale, które rzucały stateczkiem we wszystkie strony. Ale nie to było najgorsze; nikt z nas nie miał choroby morskiej. Jednak dla nieprzygotowanej do „podróży morskiej” części pasażerów, dużo gorszym zjawiskiem było odrywanie się cząsteczek wody, kropelek piany od spienionych grzywaczy, i rzucanie ich w wielkich ilościach na pokład. Czy trzeba wspominać, że nowicjusze, choć nie padało, stali się mokrzy jak...śledzie?
Te mrówki na morzu chyba jednak parły do przodu, bo kapitan odebrał meldunek, że zbliża się do niego (do nas) łódź z ratownikami w celu odebrania ładunku bananów i wody. Widać śledzie i bułki transportowano innym kutrem. A to był znak, że za chwilę będzie posiłek i pasowanie na Śledzia. Niestety, nie dane mi było uczestniczyć ani w jednym, ani w drugim, bo chociaż do wody mógłbym wskoczyć (z pewną obawą o aparat fotograficzny), to jednak odległość była nierealna... Ale trudno mi mieć o to pretensje, skoro dno tego akwenu usiane jest wrakami. Jeszcze parę lat temu widoczny był tam kiosk ORP Kujawiak. Dziś, zagryziony przez rdzę schował się jak kiedyś pod wodę (w końcu był okrętem podwodnym), ale wciąż jest niebezpieczny, zwłaszcza przy dużej fali i jednostek o dużym zanurzeniu. A przecież jest tam jeszcze kilkanaście lub więcej innych wraków...
W końcu jednak płyniemy dalej, trochę w stronę Szperku, trochę – mierzei (Ryfu Mew). Trzeba przecież podjąć tych szczęściarzy, którym udało się zakwalifikować na Marsz i zawieźć ich na brzeg... I wtedy, gdy już mierzeja była na wyciągnięcie ręki, znikąd i znienacka podpłynęły do nas dwa pontony jakby pełne „uciekinierów” na Lampedusę, albo, co gorsza piratów/korsarzy z Morza Czerwonego. Wrażenie pogłębiał widok brodatych i zakapturzonych mężczyzn, próbujących dobić do naszego kutra. To oczywiście „nasi”, tylko jakoś ich więcej, niż przed południem, a jeszcze dobijał do nas trzeci ponton. No, teraz to dopiero jest nas tu pełno jak śledzi w beczce, albo nawet wędzonych szprotek w metalowej puszce. I znów, jak tylko odpłynęliśmy dalej od lądu zaczęło wiać jak na przylądku Horn! Jak nas tam nie poprzewracało to nie wiem do dziś. Przecież to była jazda na stojąco, bez „trzymanki”. Co najwyżej parę osób, stojących bliżej burt mogło się uchwycić jakiegoś relingu, reszta mogła liczyć tylko na swoje poczucie równowagi.
Za kutrem raz po raz widać było mgiełkę rozbijanej wody i świecącą milionami drobnych ogników tęczę.
Ale wszystko ma swój koniec, także i nasz powrót na ląd stały. W pewnym momencie morze zmieniło swój kolor z granatowego na seledynowy i po chwili coś zaszurgotało pod pokładem. To stępka pociągnęła po dnie. Zatrzymujemy się i Śledzie jeden po drugim wyskakują do wody, by przebyć ostatni odcinek, nazywany „Byle do brzegu”. Wiatr jednak nie daje za wygraną i spycha nasz stateczek dalej, na pełne morze. Kółeczko i drugie podejście do „wyładunku”.
Wreszcie pozostajemy my, „załoga” na Marsz. Jak wysadzić osoby wprawdzie w zamoczonych, ale wciąż „cywilnych” ubraniach? Kapitan próbuje to z jednej, to z drugiej strony Szperku, podejść jakoś bliżej do lądu, ale nic z tego – za daleko, za głęboko. W końcu zadzwonił po pomoc, chodziło o to, by ktoś podpłynął jakimś pontonem, czy inną łódką. Problem w tym, że przybyliśmy jako ostatni, Marsz w ogóle miał duże opóźnienie, a więc wszyscy, nie czekając na nas pospieszyli pod Krzyż na Szperku, by zakończyć Imprezę.
W końcu połączenie się udało, ktoś ma podpłynąć i zabrać „nowicjuszy”. Ja nie wykazałem się cierpliwością, schowałem aparat i ruchomości do nieprzemakalnego marynarskiego worka i hop za burtę! Po chwili jestem na brzegu. Marsz Śledzia 2025 i dla mnie się zakończył. No, jeszcze chwila by się pożegnać z organizatorami i powiedzieć sobie: „Do zobaczenia za rok”!
Jadąc nad morze zastanawiałem się, co napisać o Marszu. Wszystko przecież już było, i to nie raz. Okazało się, że pogoda potrafi napisać taki scenariusz, którego treści nie sposób się domyślić, więc i ten jubileuszowy, 25. Marsz zrobił się zupełnie inny od tych wcześniejszych i na pewno zapadnie wszystkim Śledziom głębiej w pamięci.
Co nam Neptun przygotuje za rok? Czego się spodziewać?
Zobaczymy w Kuźnicy za rok!
Paweł Cukrowski
Kliknij miniaturki
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |